Z serii osobliwości Transylwanii – Râpa Roşie (Sebeş)

Kolejnym przystankiem na naszej drodze było miasteczko Sebeş. Po zostawieniu bagaży u miłych pań w biurze podróży (na dworcu nie chcieli przyjąć) ruszyliśmy na małe zwiedzanie. Tym razem zaczęliśmy od ciekawostki przyrodniczej, leżącej obok miasta. Râpa Roşie, bo o tym właśnie mowa, to rezerwat przyrody leżący 4 km od Sebeș rozciągający się na długości 800 m. Są to złożone formacje erozyjne, które nadają krajobrazowi imponujący wygląd. Znajdziemy tu także wiele rzadkich i endemicznych gatunków roślin.

Râpa Roşie to ogromny mur, niemal pionowe ściany, o wysokościw zakresie od 50 do 125 m (300-425 m wysokości bezwzględnej). Zbudowany z mioceńskich złóż osadowych składających się głównie z czerwonej gliny oraz szarego i czerwonego piaskowca. Spływająca woda utworzyła głębokie fałdy oraz stożki napływowe, które po każdym obfitym deszczu zmieniają swój wygląd tworząc to na przemian wieże, kolumny, obeliski oraz piramidy, które wraz ze swoim kolorem dają imponujący wygląd.

Droga z miasta nie nastręcza większych problemów, prowadzi tam całkiem przyjemna droga przez pola i łąki. Warto jednak wiedzieć, że obecnie budowana jest tam autostrada, przecinająca wspomnianą dróżkę.  Póki co przeszliśmy ją bez problemu, jednak już niedługo trzeba będzie poszukać alternatywy. Z bliska skały robiły dużo większe wrażenie, szczególnie ze względu na swoją wielkość. Pokonaliśmy mały wąwóz aby dostać się jak najwyżej i móc ich dotknąć. Na chwilę przysiedliśmy pod jedną z nich podziwiając w oddali panoramę miasta oraz paralotniarza nad naszymi głowami. Stamtąd widok musiał być niesamowity.  Niestety szybko zaczęliśmy się zbierać z tego błogiego i spokojnego miejsca, gdyż plan wycieczki mieliśmy napięty.

W samym mieście główną atrakcją okrzyknięty jest stojący w centrum gotycki kościół z największym ołtarzem renesansowym na terenie Rumunii. Z powodu renowacji kościoła i tego, iż od żadnej strony nie można było się do niego dostać, nie było nam  dane przyjrzeć się tej (podobno) wspaniałej atrakcji.

Zawiedzeni ruszyliśmy w poszukiwaniu jedzenia na poprawę humoru. Nie było to jednak takie łatwe w tym małym miasteczku. W końcu trafiliśmy na jedną z niewielu restauracji. Niestety nie dało się tutaj zjeść typowo po rumuńsku (brak nawet mamałygi!). Po zjedzeniu obiadu pojawił się rachunek. Okazało się, że pani doliczyła do niego jeszcze za śmietanę, którą podała mi do zupy (w Rumunii większość zup jada się ze śmietaną, za którą z reguły się nie dopłaca), ostre papryczki, które też są powszechnie podawane w cenie oraz po 15 bani za 8 kromek chleba (nie zjadłam wszystkich 8!). Do tego po przyniesieniu reszty okazało się, że bardzo „miła” kelnerka dopisała sobie 5 lei napiwku (czego w Rumunii się nie spotyka).

Podsumowując, Râpa Roşie zdecydowanie warte odwiedzenia, Sebeş śmiało można sobie odpuścić i nie będzie czego żałować.

Reklamy